RSS
niedziela, 26 grudnia 2010

Kryminał nie należał nigdy do mojego ulubionego gatunku, ale nie znaczy to że nie czytam takich książek, trzeba przecież coś poznać żeby móc powiedzieć że się nam nie podoba.

Na początku grudnia trafiłam w Gazecie Wyborczej na artykuł o Camilli Läckberg, szwedzkiej pisarce, która w prezencie na gwiazdkę dostała od najbliższych kurs pisania kryminałów. Wygląda to jak opowieść rodem z Holywood, piękna manager dostaje kurs, po którym zaczyna pisać i stosunkowo szybko staje się najlepiej sprzedającą się pisarką w Szwecji a jej książki tłumaczone są na sześć języków.  Za piękne żeby było prawdziwe?

Ale jest prawdziwe, bo w oficjalnych wywiadach i na stronie tak właśnie przedstawia się początki pisarstwa Läckberg, artykuł był na tyle ciekawy, że wysłałam link do niego przyjacielowi, który szukając akurat prezentu świątecznego dla mnie postanowił zrobić mi przyjemność i kupił dwie pierwsze części sagi Läckberg. Tak oto stałam się posiadaczką „Księżniczki z lodu” i „Kaznodziei”, a ponieważ nie mam w zwyczaju odkładać przyjemności czytania jestem już po lekturze obu.

Bohaterem cyklu jest Patrik Hedström, który wraz z kolegami z komisariatu prowadzi kolejne śledztwa, jednocześnie poznajemy też historię jego życia z pisarką Eriką Falck (przyjaciółką z lat młodzieńczych, która powróciła w rodzinne strony). Wyjątkowa w tym cyklu jest przede wszystkim forma sagi. Camilla Läckberg nie tylko opisuje zbrodnie i śledztwa, ale też snuje opowieść o życiu bohaterów, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych, choćby siostry Eriki - Anny, ofiary przemocy domowej. Zapewniam, że to wciąga, choć książki lepiej byłoby czytać w sporym odstępie czasu inaczej ciężko będzie uwierzyć, że w małym nadmorskim Fjällbacka nagle pojawia się tylu przestępców. Tak jakby pojawienie się tam na nowo Eriki sprowadziło wszystkich przestępców  z Szwecji do maleńkiej miejscowości, nasuwa się tu porównanie do polskiego serialu „Ojciec Mateusz”, które kiedyś czytałam „to tylko Sandomierz a morderstw tyle co w NY”, tu mamy dokładnie tą samą sytuację, przez długie lata nic się nie działo aż tu nagle ktoś otworzył puszkę Pandory i wypuścił na Fjällbacka wszystkie nieszczęścia.

Camilla Läckberg to kolejna po Stiegu Larssonie, szwedzka pisarka która zyskuje coraz większą popularność, w dorobku ma już dziewięć książek i zapewnia że na tym nie koniec. Tych dwojga pisarzy nie da się porównać, Larsson w swoim Millenium zbudował wielowątkową historię z dwojgiem bohaterów w tle, Läckberg chwilami stawia życie swoich bohaterów na pierwszym planie to już nie kryminał to saga z kryminałem w tle.

sobota, 31 lipca 2010

Atomowy sen Siergieja Łukianienki to jedyny wydany w polsce zbiór jego opowiadań. Jest to zbiór składający się z trzech niepowiązanych ze sobą historii utrzymanych w duchu starego sci-fi reprezentowanego przez takie postacie jak Asimov czy Lem.

Pierwsze opowiadanie - Przezroczyste wiraże - jest utrzymane w klimacie cyberpunk z iście matrixowskim zawirowaniem fabuły. Autor pokazuje świat w tak zgrabny sposób, iż nie idzie rozróżnić co jest rzeczywistościa a co fikcją. Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie dwóch zakończeń. Żadne z nich nie jest "zakończneiem alternatywnym" - czytelnik sam zdecyduje jak chce aby opowieść się zakończyła.

W Cieniach snów natomiast mamy odrobinę space opery, która dzieje się na obrzeżach galaktyki, w miejscu które można by nazwać wioską. Osadnicy, kosmici oraz statek z komandosami który nie wie że wojna już się skończyła.

Atomowy Sen zaś to sceneria postapokaliptyczna. mamy tu mutanty, wędrownika z psem (prawie jak Mel Gibson w Mad Max), zakony, wioski ocalałych oraz wojskowego który chce na czas trafić w pewne miejsce którego nie ma na mapie.

Atomowy sen to zbiór który przypadnie go gustu każdemu wielbicielowi sci-fi zapewne dlatego że mamy tu trzy, zupełnie różne nurty. Jest to świetna książka na piknik jak i na długie wieczory (zarówno letnie jak i zimowe)

 

poniedziałek, 03 maja 2010

Sięgnęłam po „Lód” Anny Kavan bo zaintrygowała mnie kobieca postać na okładce. Czarne tło i blada naga kobieca postać jakby bez głowy, siedzi tyłem do nas, ma ręce wyciągnięte w bok z dziwnie ugiętymi palcami. Ta naga kobieta otoczona lodem przewija się przez cała opowieść, jest jedną z głównych postaci książki, choć pojawia się w niej rzadko, zazwyczaj jako ofiara męskiej przemocy, a nasz bohater przez cała książkę poszukuje właśnie jej, jednej jedynej bladej dziewczyny, choć nie umie do końca wytłumaczyć sobie dlaczego.

Czas nie został tu ściśle sprecyzowany, wiemy jedynie że wskutek działań ludzi nadeszła katastrofa ekologiczna i zmienia się klimat całej planety, nadchodzi potężne zlodowacenie. Kolejne opisy postępującego zlodowacenia są jak sugestywny sen, wiemy że lód postępuje i wkrótce nas ogarnie ale nie możemy nic zrobić.

Czytając kolejne strony mamy pewność że ta historia nie może mieć dobrego zakończenia, zmiany postępują nieubłaganie i ludzie sami są winni zbliżającej się zagłady. Świadomość nieuchronnego końca wyciąga z nich ukryte pragnienia, zazwyczaj jednak są tam pokłady zła, zawiści i brutalności. W tym nieprzyjaznym świecie błąka się piękna bezbronna dziewczyna, i poszukujący jej mężczyzna. Odnalezienie jej nie sprawia jednak że ich świat wygląda piękniej, świat nie jest tu piękny i przyjazny a odnalezienie miłości nie sprawia że stajemy się szczęśliwi.

To abstrakcyjna wizja przyszłości, chwilami przerażająca w dosłowności swoich opisów, a mimo wszystko fascynująca, przypomina mi trochę książki z pogranicza fantasy, które dobrze się czyta ale wierzyć w nie, nie ma sensu.

18:29, vivre.anna
Link Komentarze (3) »

Na spóźnione urodziny dostałam „Singielkę w wielkim mieście” Liz Tuccillo, ufam że to nie był żaden podtekst bo jestem jednak kilka lat młodsza od bohaterek, choć historia ta bliska jest zapewne  mojemu podejściu do życia.

Pięć kobiet i ich stosunek do samotności. Tak w jednym zdaniu można opisać tą książkę, ale była by to jednak sporo zawężona recenzja. Mamy tu bowiem świeżo opuszczona przez męża żonę, zrozpaczoną i zagubioną w świecie randek, próbującą sobie radzić z dziećmi i świadomością że mąż zostawił ją dla młodszej kobiety. Mamy osiągającą sukcesy prawniczkę, która rezygnuje z pracy tylko po to by na cały etat zająć się poszukiwaniem męża, a do tego jest Serena zajęta poszukiwaniem wewnętrznej równowagi duchowej ignorująca potrzeby ciała, jest Ruby, wrażliwa i kobieca trwająca w depresji po utracie kota, i wreszcie Julie, pracownica wydawnictwa która po wieczorze spędzanym w towarzystwie powyższej gromadki postanawia napisać książkę, poradnik jak być singielką, jak radzić sobie z życiem w pojedynkę i nie załamać się w samotności.

Wyrusza w podróż żeby dowiedzieć się jak z samotnością radzą sobie kobiety w innych krajach. Co ciekawe nie jest to przygnębiająca wizja, kobiety bowiem mają ogromną siłę i determinację do radzenia sobie z samotnością oraz niewyczerpaną wiarę że spotkają kogoś z kim stworzą udany i długotrwały związek.

Powieść napisana jest z ogromnym poczuciem humoru i szczerością jaka rzadko się dziś spotyka. Mamy tu cały przekrój osobowości kobiet ukształtowanych przez różne środowiska i kultury, każda z nich jest inna i  chwilami niezrozumiała, wiąże je jednak jedno, wszystkie kobiety czy o tym mówią czy nie chciałyby by kochać i być kochane. To ze umieją bez tego żyć i czuć się szczęśliwe nie znaczy ze gdzieś w głębi duszy nie czekają na tego jedynego.

Czasami lubię czytać o Chinach, niekoniecznie rozprawy historyczne choć te także lubię, ale takie zwyczajne książki w których opisane sa rytuały zwykłych ludzi żyjących w tym olbrzymim kraju na przestrzeni dziejów.

Jest wiele rzeczy które mnie fascynują, w zależności od pogody, nastroju i aktualnego stanu konta kupuje pojedyncze egzemplarze książek lub wracam z księgarni z cała siatką. Mam kilka ulubionych miejsc gdzie między regałami zagubione sa półki z napisem wyprzedaż, i tam za kilka złotych kupić można prawdziwe cuda. Tak było i tym razem, weszłam na moment wyszłam z siatką, a w niej znalazły się dwie powieści chińskiej pisarki Shan Sa, mieszkającej w Paryżu i piszącej po francusku, przedziwna mieszanka, ale jej książki mają coś w sobie.

Zacznę od książki „Cztery życia wierzby”, mała i niepozorna zawiera w sobie cztery osobne historie, powiązane ze sobą symbolika wierzby płaczącej. Drzewo to, w Chinach symbolizuje śmierć i odrodzenie, a więc śmierć jest początkiem dla nowego życia, i nie ma ciągłości bez śmierci i odrodzenia. Poszczególne historie opowiadają o poszukiwaniu miłości, o zagubieniu dusz w czasie, o odnalezieniu i utracie drugiej osoby. Każda historia dzieje się w innym czasie, czytając je mamy wrażenie podróży w czasie poprzez Chiny, sa kobiety ze skrepowanymi stopami, wojowników z sokołami, transparenty i zmiany polityczne a wśród tego tradycja starych Chin, małe pagody pośród wieżowców, i tylko ludzie pozostają prawie tacy sami, ciągle szukają zrozumienia i miłości.

Kolejna książka tej autorki jaką kupiłam to „Cesarzowa”. Cofamy się do czasów dynastii Tang, Chiny sa zagrożone przez plemiona wędrowne na zachodniej granicy i od strony Korei. Opowieść o młodej dziewczynie, przyjętej na dwór cesarza nierozerwalnie wiąże się z historia Chin. Jej droga po szczeblach dworskiej hierarchii jest zadziwiająca, jest to czas gdy kobiety są nieobecne w polityce, nie pojawiają się w życiu publicznym inaczej niż jako ozdoby. Mają być piękne i ciche, ale Światłość nie jest jedną z wielu kobiet, jej inteligencja i energia popychają ją na przedziwna drogę która doprowadza ją do pozycji najpierw żony Cesarza a następnie Cesarzowej. To ona już za życia męża podejmuje decyzje, kieruje państwem zza zasłony, to ona udziela audiencji i bez jej wiedzy nie dzieje się nic. Czas jej rządów pełen jest dostatku i pokoju, jednak płaci za to pustką w życiu osobistym, dramatycznymi decyzjami dotyczącymi synów. Mieszkając w pałacu pełnym ludzi jest samotna i zaledwie chwilami szczęśliwa.

Nie ma nic gorszego dla zakochanego mężczyzny jak kobieca pogarda. Alberto Moravia w swojej „Pogardzie” przedstawia nam wewnętrzny monolog mężczyzny który wstecznie analizuje nie tyle własne życie, co poszczególne etapy swojego małżeństwa, na początku tak szczęśliwego i pełnego zrozumienia, a następnie wraz ze zmianami jego pracy, domu; mężczyzna zauważa jak zmienia się stosunek żony do niego. Dzień po dniu analizuje jej zachowanie, doszukuje się w swoim działania błędów które doprowadziły do obecnego stanu. Poznajemy ze  szczegółami jego uczucia i rozterki, analizy kolejnych rozmów z żoną, rozmów trudnych dla mężczyzny i obojętnych dla kobiety.

Miałam wrażenie, ze w czasie rozmów to mężczyzna jest osobą, która analizuje uczucia, swoje i swojej żony, ona zaś wydaje się być oschła, wręcz oziębła. Zapytana o uczucia początkowo wykręca się od odpowiedzi, jednak zmęczona pytaniami mów jasno i wyraźnie „nie kocham Cię już”, nie jest to jednak dla niej powód aby opuścić męża, nie był to nawet powód aby z nim nie uprawiać sexu, mimo że sypiają osobno, to jednak nigdy mu nie odmawiała. Jej postawa jest tak odmienna od większości kobiet, wygląda jakby dom miał dla niej większe znaczenie niż to że musi się zmuszać do przebywania z mężczyzną którego już nie kocha, którym pogardza, choć nie mówi mu dlaczego. Wydaje jej się ze wszystko powinno być dla niego oczywiste, tak jednak nie jest, on spędza godziny na rozmyślaniach co spowodowało zmianę w jej uczuciach.

Kolejne zdarzenia pokazują nam kobietę i mężczyznę w jeszcze innym ujęciu, podróż na Capri i ich pobyt na wydawało by się sielskiej wyspie jest pełen kolejnych rozmów, zmian nastrojów i decyzji podejmowanych z nieodpowiednich powodów.

Zakończenie nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale ma w sobie coś z niespodzianki.

Nie widziałam filmu nakręconego na podstawie tej książki,  ale jeśli tylko będę miała okazję to  będę chciała go zobaczyć, choć powstał w 1963r. to  wierzę że nie stracił nic ze swego przekazu. Kino francuskie ma w sobie inny wymiar niż hollywoodzkie produkcje, dlatego warto zobaczyć stare wersje filmów, a tu dodatkowym smaczkiem będzie Brigitte Bardot w roli Emilii.

niedziela, 14 marca 2010

Zastanawiam się jak opisać tę książkę, gdybym chciała użyć języka w jakim jest ona pisana wyglądało by to pewnie jak : ja chce czytać ta książka, ale jej język tak dziwny i trudnawy. Świat w niej tak niezrozumiały, inne życia pojmowanie jej bohaterów. Nie łatwo było by jednak nawet tym językiem oddać  pełna sprzeczności relację pobytu młodziutkiej Chinki w Londynie.

Mały słownik chińsko-angielski dla kochanków”  autorstwa Xiaolu Guo, trudno się czyta. Nie dlatego że podejmuje jakieś trudne nie popularne tematy, nic bardziej mylnego, trudność polega na tym że książkę napisano zbyt prostym językiem, językiem pełnym stylistycznych i gramatycznych błędów , błędów jakie popełnia się na początku nauki jakiegoś języka. Powoduje to zbytnie uproszczenia w wyrażaniu uczyć, w prowadzonych rozmowach i rozmyślaniach głównej bohaterki.

Cała książka jest jakby prywatnym pamiętnikiem młodziutkiej Chinki, która w Londynie ma nauczyć się angielskiego. Nie potrafi się jednak odnaleźć w zachodnim świecie, niczego nie rozumie, ciągle wszystko jest dla niej inne i tak dalekie od tego co znała dotychczas. Kiedy poznaje o 20 lat starszego malarza traktuje go jak nauczyciela/kochanka, zakochuje się chińską miłością której on nie rozumie, oczekuje od niego więcej niż on chce jej dać. Oboje przekonują się jak wiele ich dzieli, jak różnie można rozumieć te same słowa, jak wielkie znaczenia ma nasze wychowanie i kultura kiedy spotykamy kogoś tak różnego od nas samych. W sumie to prosta historia romansu ponad kulturami, podziałami, pełna prób zrozumienia drugiej osoby, pełna oczekiwań, których nikt nie spełnia, pełna rozczarowań ale i radości.

Lektura raczej na spokojne dni kiedy jesteśmy w stanie skupić się na słowach, na ich znaczeniu i przekazie. Nie łatwo to się czyta w autobusie bo język, którym to napisano zmusza do myślenia o tym co się czyta. Jest tak prosty że chwilami aż trudny.

Polecam jako miłą odmianę romansu, nie ma tu nigdzie długich wywodów na temat uczucia, bo bohaterce zwyczajnie brakuje słów do ich wyrażenia, a także dlatego że pochodzi z kraju gdzie nie mówi się ja, gdzie prywatność nie istnieje, gdzie kultywuje się wszystko wspólnie z rodziną. Dla niej miłość znaczy jednocześnie rodzina, wspólny dom, dzieci; samo uczucie bez tego niewiele znaczy. Chwilami książka jest jak przewodnik dla tych którzy chcieli by rozumieć świat po chińsku.

piątek, 12 marca 2010

Okładka tej książki skojarzyła mi się z jakimś romansem. Niemniej przemogłem się i zacząłem ją czytać ot tak, gdzieś od losowej strony. Epizod, który przeczytałem w środku spowodował, że chciałem zacząć od początku. Chciałem zacząć od początku poznawać historię rodziny Berrych. Chciałem się dowiedzieć jak im szło mieszkanie w kupionym hotelu i jacy goście się przez niego przewineli.

Irving opisuje wszystko z nutą miękkości, która nieodzownie kojarzy nam się z małymi i przytulnymi hotelami. W takie miejsca gdzie znamy całą obsługę a ona zna nas z chęcią wracamy. Irving daje nam możliwość przeniesienia się w takie właśnie miejsce. Poznajemy losy całej rodziny od momentu gdy rodzeństwo narratora jest małe po moment gdy jego ojciec zostaje dziadkiem. Historia toczy się w hotelu przy czym w pewnym momencie następuje zmiana otoczenia. Najciekawsze jest to, że po przeczytaniu połowy książki czytelnik jest tak zżyty z hotelem, że bez problemu łączy się w bólu z rodziną Berrych.

"Hotel New Hampshire" jest jednym z najlepszych dzieł Irvinga zaraz po "Świat według Garpa". Moim zdaniem jest to idealna lektura do sobotniej kawy i tosta.

niedziela, 07 marca 2010

Każdy kraj ma swoich dziennikarzy i każdy kraj ma swojego felietonistę znanego szerszej publiczności. Dla Hiszpanów to zapewne Arturo Pérez-Reverte, ale to nie tylko felietonista, to także wspaniały pisarz, którego powieści cieszą się zainteresowaniem filmowców, spora ich część została zekranizowana.

Dziś jednak chciałabym zachęcić wszystkich do przeczytania książki pod tytułem „Życie jak w Madrycie”, to zbiór najlepszych felietonów pisarza publikowanych w latach 1998-2001 w jednym z większych hiszpańskich tygodników El Semanal. To fantastyczny zbiór większych lub mniejszych form w których w sarkastyczny i dowcipny sposób komentuje współczesność. Przyznam szczerze nie przepadam za krótkimi tekstami, trudno trafić na autora który w ograniczonej ilości słów zawrze sedno sprawy a przy tym nie spłaszczy tematu, nie pominie szczegółów i ważnych informacji, jednak  Pérez  jest w tym mistrzem. Doskonale zamyka w tych krótkich felietonach komentarz do współczesnych bolączek Hiszpanii, dla przykładu choćby warto wspomnieć felieton o Madryckim lotnisku, tak dowcipnego a jednocześnie pełnego sarkazmu  komentarza nie czytałam nigdy wcześniej. Po pierwszym zdaniu człowiek zaczyna się uśmiechać a kończy prawie płacząc, bo chociaż opisana jest smutna prawda o bezładzie jaki panuje na lotnisku to zrobiono to w tak finezyjny sposób że nie sposób zachować powagi czytając. A to tylko jeden z felietonów, a z każdym kolejny trafiamy na ten sam doskonały styl i wnikliwe obserwacje codzienności.

To jedna z tych książek, które powinny trafić do stałego zestawu dla każdego ponuraka i pesymisty, humor z jakim Pérez  traktuje każdy temat nawet ich powinien rozbawić w wprowadzić w dobry nastrój.

poniedziałek, 01 marca 2010

W porywie chwili (czytaj: jednego wieczoru) i braku czegoś innego do czytania, przeczytałam to małe cudo i prawie zapomniałam że nic o tym nie napisałam, więc się poprawiam. Generalnie jak ktoś mi mówi że kobieta napisała kryminał a nie jest to Agatha Christie to podchodzę do tematu z długim kijem, a jak kryminał napisały dwie kobiety to dokupuje do tego kija przedłużenie.

Duet Katarzyna Gacek i Agnieszka Szczepańska i ich „Zabójczy spadek uczuć” jest czymś pomiędzy ckliwym romansem ze zdradą w tle, namiastką kryminału i poradnikiem jak pozwolić mężczyźnie sobą pomiatać.  Ufam że panie nie czerpały ze swego życiowego doświadczenia tworząc główne postacie kobiece, choć miewam wątpliwości czytając ich krótką charakterystykę na okładce, brunetka w sportowym stylu czyli Gacek to wypisz wymaluj książkowa Monika; wyzwolona pani od w-f, która szukając haków na narzeczonego przyjaciółki wplątuje się w same kłopoty. Delikatna blondynka na obcasach to prawie opis głównej bohaterki czyli Beatki ale idealnie pasuje też do charakterystyki Agnieszki Szczepańskiej. Beatka, pracująca w Ministerstwie dziewczyna ma prawdziwy talent do pakowania się w kłopoty i przedziwna zdolność do podporządkowania się mężczyźnie. Zmieszajmy te dwie panie z władczym narzeczonym Beatki, spadkiem po babce, który dziwnym trafem znajduje się w okolicy gdzie budowana ma być autostrada , przystojnym wiejskim weterynarzem , dorzućmy jeszcze wziętego architekta i zakochanego wuefiste, piękną nieznajomą i umierające w dziwnych okolicznościach staruszki i mamy już wszystko to co znalazło się w tej książce.

Ogólnie nie porwała mnie akcja tej wg mnie na wyrost nazwanej kryminałem książki,  jest przewidywalna prawie do pierwszej strony, nawet zakończenie nie zaskakuje bo czegoś podobnego się spodziewałam od mniej więcej 50 strony. To miał być wg recenzenta z okładki  „porywający kobiecy kryminał….. Świetnie dozowane napięcie, romantyczne komplikacje i błyskotliwy dowcip zadowolą najbardziej wymagających wielbicieli kryminalnych zagadek …” , no cóż zapewne jak by mnie płacili za pisanie okładkowych recenzji to też bym tak potrafiła napisać, ale że mi nikt  nie płaci i mam swobodę napisania własnego zdania to powiem, że dawno nie czytałam książki której recenzja tak bardzo by się różniła od moich własnych odczuć po jej przeczytaniu. Jak macie wolny wieczór i nie macie nic innego do czytania to zaryzykujcie, ale polecać nie będę.

 
1 , 2 , 3
Spis moli